Po co Romney przyjeżdża do Polski, czyli czy konserwatywna Polonia to mit?

Mitt Romney nie przyjeżdża do Polski, by zdobyć głosy Polonii. Kandydat GOP nie ma doświadczenia związanego z polityką zagraniczną, a czeka go debata prezydencka na ten temat. Stąd wyprawa do Europy (podobnie zrobił zresztą w 2008 roku Barack Obama) i Izraela. Czemu na trasie pojawił się przystanek w Polsce? To zasługa (mówiąc ironicznie) prezydenta Obamy. Gdyby zamiast o ‚polskich obozach śmierci’ powiedziałby „łotewskie obozy śmierci” lub zrobiłby jakąś gafę w odniesieniu do Francji, Romney pojawiłby się na Łotwie lub we Francji. Wizyta w Warszawie i w Gdańsku to wynik kilku wpadek demokratycznego Białego Domu z Polską w tle. Doczekamy się pewnie kolejnego „You forgot Poland” podczas jednej z jesiennych debat, ale tylko dlatego, że Mitt znalazł kij, by uderzyć przeciwnika. O wiele ważniejsza jest wizyta w Izraelu.

 

 

Według cenzusu przeprowadzonego w USA w 2000 roku ok. 9 milionów mieszkańców Ameryki przyznaje się do polskich korzeni. Czyli to duża pod względem liczebności grupa etniczna. Czy ważna w dyskursie publicznym i wyborach? Przy zaciętej walce i wyścigu, w którym obaj kandydaci idą łeb w łeb, nie można jej pomijać. Ale czy jest o co walczyć? Stany, w których mieszka dużo Polaków, albo tradycyjnie głosują na demokratów (Nowy Jork, Illinois, New Jersey), albo uważa się, że choć są stanami obrotowymi, to są leaning Dems (Michigan, Pennsylwania). 

 

Czemu właściwie mówimy o konserwatywnej Polonii? Konserwatywna Polonia to mit. Polscy imigranci i pokolenia Amerykanów polskiego pochodzenia głosują na demokratów. True story. Według różnych danych w 2008 roku od 53% do 56% Amerykanów przyznających się do polskiego pochodzenia zagłosowało na Obamę. 

 

Myślę, że stwierdzenie, że Polonia amerykańska jest konserwatywna bierze się z mylenia dwóch grup. Pierwsza to obywatele amerykańscy, którzy przyznają się do polskiego pochodzenia, ale głosują tylko w wyborach w USA, nie mają podwójnego obywatelstwa lub też nie korzystają z polskiego czynnego prawa wyborczego i nie biorą udziału w polskich wyborach. A w wyborach amerykańskich ich preferencje wyborcze nie odbiegają znacząco od wyborów statystycznego Amerykanina. Druga grupa to właśnie ci, którzy mają polski paszport, bo mają podwójne obywatelstwo lub też są obywatelami polskimi przebywającymi w Stanach Zjednoczonych czasowo. To oni głosują w polskich wyborach, to oni zapewniają zwycięstwo konswerwatywnym polskim politykom. Tyle tylko, że na przykład szacuje się, że w Chicago mieszka ok. 1.3 mln Polaków. Ile z nich głosuje podczas polskich wyborów? Maksymalnie kilkanaście tysięcy. 

 

Mitt Romney nie zabiega o głosy konserwatywnej Polonii, bo to zbyt mała grupa, na dodatek raczej bez prawa do udziału w amerykańskich wyborach.

Reklamy

Dlaczego Romney nie ujawnia swoich zeznań podatkowych?

Demokraci z trudem ukrywają zadowolenie – po raz pierwszy od dawna demokratyczny polityk pokazuje siłę i prowadzi bezwględną kampanię, z której znani są raczej republikanie. Atak, który prowadzi od kilku tygodni sztab z Chicago, wygląda jakby ktoś czytał w myślach Karla Rove’a. 

I nawet nie chodzi o to, że reelekcyjna kampania prezydenta Obamy przypomina tę prezydenta Busha z 2004 roku, nawet nie to, że spot ze śpiewającym Romneyem łączy dwa efektowne spoty z tej kampanii – z Johnem Kerrym na desce windsurfingowej i ten podważający jego heroizm podczas służby w Wietnamie. Chodzi o to, że Dems są bezwględni, twardzi, biją mocno i nie przepraszają. 

Don’t whine! 
To Romney podczas prawyborów, gdy dokonywał na kontrkandydatach do nominacji nalotów dywanowych, radził im, by przestali narzekać, bo to polityka. Mówił, że jest twardy, i że dużo wytrzyma. A tu ledwie lipiec, kampania jeszcze się nie rozgrzała, najcięższe ataki przyjdą przecież jesienią, a kandydat GOP zaczyna domagać się przeprosin, oskarża przeciwników o agresję. Jakby nie był republikaninem, a demokratą.
Mitt jest między młotem a kowadłem. Pomiędzy ‚kto tłumaczy, ten przegrywa’ a ‚nie znajduje właściwej odpowiedzi na ataki’. John Kerry w 2004 roku musiał tłumaczyć, jak wyglądają głosowania w senacie, i dlaczego najpierw głosował za, a potem przeciw, choć technicznie miał rację, bo za drugim razem głosował przeciw zmienionej ustawie, to w świat poszedł komunikat, że często zmienia zdanie i mocno się tłumaczy. 

Mitt pozwala, by zdefiniowali go jego przeciwnicy
Jako podstawę do chwalenia się wybrał doświadczenie w biznesie (Bain), a nie swoje doświadczenie w administracji (stanowisko gubernatora) – bo wtedy musiałby się tłumaczyć z reformy zdrowotnej, która posłużyła Obamie za przykład przy tworzeniu reformy zwanej teraz Obamacare. Ale okazało się, że choć właściwie Romney ubiega się o prezydenturę drugi raz (czyli co najmniej jakieś 5-6 lat), to nie zadbał o to, by wszystko w papierach miał uporządkowane. Stąd problemy z brakiem odpowiedzi, czemu oficjalne dokumnenty pokazują inne daty odejścia z Bain Capital niż deklaruje to sam kandydat. A kilka lat to bardzo długi okres, Romney miał czas, by wyjaśnić sprawę, znaleźć sposób wyjaśnienia ZANIM ruszyła kampania i określić dobry spin. 

Co z tymi podatkami?
Gdy kampania McCaina w 2008 roku vettowała kandydaturę Mitta na wice, Romney udostępnił im więcej niż 20 ostatnich zeznań podatkowych. W 2012 mówi, że pokaże tylko dwa – z 2010 i 2011 roku. Już pojawiły się komentarze w stylu: McCain spojrzał na podatki Romneya i wybrał Sarę Palin. Steve Schmidt, który kierował kampanią McCaina, twierdzi, że nie widział tych zeznań, ale głównym powodem rezygnacji z Mitta było jego bogactwo, Partia Republikańska nie mogła sobie pozwolić na to, by w czasie kryzysu ekonomicznego ich kandydaci zostali zdefiniowani jako bogacze z wieloma domami i bez znajomości realiów. 

Tak czy siak – Romney jako biznesmen opierał się zawsze na kalkulacji zysków i strat. Jeśli nie ujawnia swoich zeznań podatkowych, to musi w nich być coś, co zostało uznane za katastrofalne dla kampanii. I nie chodzi tu, że jest tam coś nielegalnego – to raczej wątpliwe, pod względem prawa zeznania podatkowe Romneya raczej są bez zarzutu. Chodzi raczej o to, co Romney robił w ramach prawa. 
Czyli: 

 

  • nie płacił podatków, 
  • korzystał z wielu ulg i odpisów, 
  • inwestował w firmy, które są źle postrzegane (jak firma, która zajmowała się utylizacją odpadów medycznych – w tym wyabortowanych płodów), 
  • miał więcej kont i więcej pieniędzy ulokowanych za granicą, 
  • jego związek z Bain trwał dłużej niż deklarował.

 

To najczęściej powtarzane powody. I tę rundę Team Obama wygrywa – bo nawet jeśli nie zmuszą Mitta do pokazania zeznań podatkowych, to umieścili te powody w dyskursie publicznym, bo te powody powtarzają media. Republikańscy stratedzy mówią wprost – Romney powinien pokazać swoje zeznania, bo one najwyżej udowodnią to, co i tak wszyscy już wiedzą – Mitt jest cholernie bogatym człowiekiem i wykorzystywał wszelkie legalne sposoby, by majątek powiększyć. I tu leży lina obrony – wszystko, co robił, było legalne. 

Być może powodem, dla którego sztab Romneya unika bezpośredniego odnoszenia się do zarzutów Obamy, jest przyjęta taktyka – niereagowanie na przeciwnika, tkwienie przy własnym przekazie, czyli stay on message, nie rozpraszaj się. Jeśli zrezygnujesz z własnej narracji, i zaczniesz prowadzić dyskusję według harmonogramu przeciwnika, przegrywasz.

Nie ma nikogo, komu teraz podobałby się sposób i styl, w jaki prowadzona jest kampania Romneya. Ale trudno teraz oceniać – prawdziwą i pełną ocenę można wystawić tylko po czasie. Jeśli Romney wygra w listopadzie, możemy spodziewać się pochwał na temat tego, jak zdyscypliowana była ta kampania, jak była doskonale prowadzona i jak zapewniła mu zwycięstwo. Jeśli przegra, będą powtarzane te same zarzuty, które słyszymy teraz.

 

Jeśli Romney prowadzi tę kampanię tak, jak ją prowadzi, to jedno z dwojga – albo otacza się amatorami, którzy nie umieją zareagować, albo mają ścisły plan z asami w rękawie i postanowili trzymać się z góry przyjętych wytycznych. Ale teraz nie do końca wiadomo, która wersja jest prawdziwa.

Clint Eastwood mówi: It’s Halftime in America

Ta reklama zostanie chyba uznana za najlepszą reklamówkę wyemitowaną podczas niedzielnego finału Super Bowl – klip z Clintem Eastwoodem opowiadającym o tym, jak Detroit odbudowuje swoją potęgę, zasługuje na wyróżnienie i z pewnością zostanie zapamiętany.


 

 

Dwuminutowy klip to przemowa Clinta, który mówi między innymi:

 

„Both teams are in their locker rooms, discussing what they can do to win this game. It’s halftime in America too. People are out of work and they’re hurting. And they’re all wondering what they’re gonna do to make a comeback. We’re all scared. (…)  The people of Detroit, they almost lost everything. But we all pulled together, now Motor City is fighting again. (…) But after those tryouts we all rallied around what was right and acted as one. Because that’s what we do. We find a way through tough times. (…) All that’s matter now is what’s ahead. (…) How do we come together and how do we win. Detroit’s showing it can be done. And what’s true about them is true about all of us. (…) Now Motor City is fighting again. this country can’t be knocked out with one punch. (…) It’s halftime America. And our second half’s about to begin.”

 

 

Brzmi jak klip polityka przygotowującego się do reelekcji, nieprawdaż?

 

 

Mocne słowa, silny przekaz, i pozytywne przesłanie. Jeśli udało się w Detroit, jeśli przemysł w tym mieście się podniósł, to tak samo może się stać z resztą miast w Ameryce. Przekaz i słowa, które równie dobrze mógłby wypowiedzieć obecnie urzędujący prezydent USA – na końcu brakuje tylko „I’m Barack Obama and i approve this message”.

 

 

W reklamie ani razu nie pada nazwa marki samochodowej, która za nią zapłaciła – czyli Chryslera, na końcu tylko pojawiaja się różne nazwy marek samochodów przez nią produkowanych. Detroit bardzo skorzystało na bailoucie branży samochodowej, i na pewno sukces tej branży wykorzysta Barack Obama podczas swojej kampanii. Co więcej, bailout to drażliwa sprawa dla Partii Republikańskiej, a sam Clint Eastwood jest raczej znany ze swojego wsparcia dla kandydatów GOP – w 2008 roku publicznie poparł McCaina. Trzeba jednak dodać, że sam aktor określa się jako moderate lub libertarian. Mimo wszystko, jestem ciekawa, jak i czy odniosą się do tej reklamówki republikanie. Rozgłos w mediach – zapewniony, w końcu zagrał w niej sam Clint Eastwood.

 

 

W zeszłym roku w reklamówce Chryslera pojawił się Eminem (do obejrzenia pod tym linkiem), mówiący o ciężkiej pracy, którą znają mieszkańcy Detroit i Ameryki – ta reklama została uznana za wyjątkowo wzruszającą, i za jedną z lepszych, jeśli nie najlepszą, wyemitowaną podczas Super Bowl w 2011. Choć chyba większą sławę na świecie i większą ilość odsłon zebrał klip Volkswagena z małym dzieckiem przebranym za Dartha Vadera. Podobnie jak Chrysler, nawiązujący do doskonale przyjętej reklamówki wyemitowanej w zeszłym roku, także Volkswagen w tym roku ciągnie motyw z 2011 – klip zatytułowany „Dog Strike Back”, otwarcie nawiązuje do Star Warsów.

 

Notka opublikowana także na 300polityka.pl.



Co dalej z Gingrichem – czyli kampania rusza na zachód

Prawybory na Florydzie wygrał Mitt Romney. Wyniki według strony Departamentu Stanu Florydy:

 

Romney wygrywa ze zdecydowaną przewagą 46% w porównaniu do 32% zdobytych przez Newta Gingricha, 13% zagłosowało na Ricka Santorum, a 7% poprało Rona Paula. Żadnych niespodzianek nie było. Sondaże przedwyborcze prognozowały takie właśnie wyniki.

Co z nich wynika?

Po pierwsze: Mitt Romney pokazał, że potrafi walczyć i wygrywać. Umie wyciągać wnioski i zmieniać strategię na bieżąco, a może po prostu na świetnych doradców i wie, kogo słuchać. Podczas debat przed prawyborami w Karolinie Południowej Mitt unikał konfrontacji, wyraźnie brakowało mu kontrargumentów. Karolina Południowa opowiedziała się po stronie Gingricha, który atakował i nacierał, i na moderatora, i na swoich kontrkandydatów. Na Florydzie Gingrich miał podobną strategię, ale taktycznie poległ – bo Romney zatrudnił nowego coacha od debat, Bretta O’Donnella, który pomógł się do drugiej z nich przygotować. A sztab zrobił research, by ich kandydat miał amunicję na Newta. I Mitt doskonale tę amunicję wykorzystał. Gingrich nie błyszczał, ale na zwycięstwo bardziej zapracował sam Romney niż to Gingrich przegrał.

Główne wątpliwości dotyczące kandydatury Mitta Romney, to to, czy jest on wystarczająco konserwatywny. Wyborcy na Florydzie, powiedzieli, że tak. Na Mitta głosowali także ci wyborcy republikańscy, którzy popierają Tea Party. Jedynie wyborcy, którzy identyfikują się jako bardzo konserwatywni lub silnie wspierają Tea Party, zagłosowali w znacznej większości na Newta.
 

Po drugie: Floryda będzie polem bitwy przed wyborami w listopadzie. To dość ważny stan, z wieloma ważnymi grupami wyborców: imigranci i Latynosi, konserwatyści, emeryci, także żydowscy – nie bez powodu Newt w swej przemowie po ogłoszeniu pierwszych wyników, zapowiedział, że jedną z pierwszych rzeczy, którą zrobi jako prezydent, to będzie przeniesienie Ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy (na marginesie, w 1995 roku, za czasów, gdy był Spikerem, Kongres przegłosował „Jerusalem Embassy Act”, właśnie w sprawie przeniesienia ambasady, ale do dziś ambasada USA znajduje się w Tel Awiwie). To, że Mitt Romney wygrał tu tak zdecydowanie, dużo dobrego mówi o jego wybieralności i sile.

Po trzecie: negatywne reklamy działają. Romney wedle niektórych danych wydał na reklamy pięć razy więcej niż Gingrich. Co więcej, 92 proc. wyemitowanych reklam w tym stanie to były reklamy negatywne. Czy da się w ten sposób prowadzić kampanię dalej? Kampania negatywna jest w dużej mierze na rękę Demokratom. Każda reklama negatywna przeciw któremuś kandydatowi GOP to jedna reklama przeciw Obamie mniej. Sztaby kandydatów wykonują pracę za sztab z Chicago. Nawet jeśli jakaś problematyczna dla zdobywcy nominacji Partii Republikańskiej informacja zostanie wytłumaczona wyborcom republikańskim, nie znaczy to, że przed wyborami powszechnymi nie wróci na czołówki gazet (bo kampania przed wyborami powszechnymi to inny wyścig, przed inną publicznością i rządzi się innymi prawami).
 
Po trzecie – co z Newtem? Gingrich pokazał, że nie umie przegrywać. Choć telefony po ogłoszeniu wyników prawyborów są zwykle kurtuazyjne, ale w polityce czasem ceni się takie decorum, pokazywanie politycznej klasy. Newt Gingrich nie zadzwonił z gratulacjami ani w New Hampshire, ani na Florydzie. Co chętnie wytknął mu sztab Romneya – Mitt zadzwonił z gratulacjami do Newta w wyborczy wieczór Karolinie Południowej. Co więcej, w swej przemowie po ogłoszeniu wyników głosowania na Florydzie, Newt powiedział, że wyraźnie widać, że wyścig po republikańską nominację to wyścig dwuosobowy, bo może samo w sobie nie jest mocno sprzeczne z wynikami, ale po porównaniu cyferek, okazuje się, że Mitt zdobył tyle głosów, co dwaj następni kandydaci, a więc po prostu pozamiatał w tym stanie. Na plus Gingrichowi można przypisać powrót do dychotomii: This will be a two person race between the conservative leader, Newt Gingrich, and the Massachusetts moderate, Mitt Romney, bo to bardzo nośny soundbite. Tyle tylko, że przy okazji zaliczył małą wpadkę, mówiąc o sobie w trzeciej osobie.

Kolejna wpadka Gingricha? Podczas wieczoru wyborczego rozdawano plakietki z napisem „46 States To Go”, to samo powtórzył sam były Spiker. Problem? W jego przypadku jedynie 44, bo z powodów proceduralnych nie będzie go na liście ani w Missouri, ani w Wirginii.
Właściwie całe przemówienie Newta to była lista, co zrobi pierwszego dnia prezydentury, co wywoływało raczej kolejne żarty. Przemówienie Mitta uznano za skierowane już do głosujących w wyborach powszechnych – mówił o jedności, atakował Obamę, o swoich rywalach w prawyborów wypowiadał się z szacunkiem, doceniając ich siłę i kampanię. Podkreślał, że ciężkie prawybory pomagają przyszłemu kandydatowi, że czynią go silniejszym.

 

Po czwarte – co dalej z Santorum? Odpuścił kampanię na Florydzie, ruszył już do Newady, a mimo to uzyskał wyższy wynik niż Ron Paul (odpowiednio 13 i 7 procent). Wiadomo też, że dość intensywnie działa w Kolorado, Minnesocie i Missouri. Newt wielokrotnie sugerował, że Santorum powinien zrezygnować z wyścigu i stanąć po jego stronie, jako jedynego poważnego kandydata konserwatywnego. Santorum ma mniej pieniędzy i nie ma po swojej stronie tak hojnego darczyńcy jak Sheldon Adelson, ale mimo to w niektórych stanach wyprzedza w sondażach Newta, a poza tym ma na swoim koncie poparcie liderów konserwatywnych.

Co dalej z Ronem Paulem? To kolejne prawybory, w których zajmuje czwarte, ostatnie, miejsce. Na razie też ogłosił, że nie ma zamiaru wycofywać się z wyścigu, poza tym zwykle wypada nieco lepiej w caucusach niż w wyborach, a przed nami kilka stanów, gdzie odbywają się właśnie caucusy.

 

Choć w lutym odbędzie się 8 caucusów i prawyborów, to pewnie żaden z kandydatów nie zrezygnuje przed Superwtorkiem (w tym roku wypada 6 marca) – chyba że zatnie się gdzieś w którymś sztabie maszyna do zbierania pieniędzy. Gingrich zapowiedział, że będzie walczył aż do lata, poza tym jest mała szansa, by Mitt Romney szybko uzyskał nominację GOP. Nawet jeśli udałoby mu się zdobyć wszystkich dostępnych delegatów, to stałoby się to najwcześniej pod koniec kwietnia.

 

(tekst opublikowany na 300polityka.pl)

Po debacie CNN w Jacksonville na Florydzie – Romney wraca na pozycję faworyta

Czy po 19 debacie kandydatów republikańskich, już tylko 4, wiadomo, kto zdobędzie nominację prezydencką z ramienia GOP? Nie za bardzo, choć są wyraźni frontrunnerzy.

 

Po wpadce w Południowej Karolinie, gdzie, między innymi dzięki znakomitej debacie, wygrał Newt Gingrich, do życia powrócił Mitt Romney. Po trudnych przeprawach w ostatnich tygodniach (Bain, zeznania podatkowe, spadek w sondażach) ruszył do ataku – na Florydzie wydaje sporo pieniędzy (outspending Newt 2-1), zatrudnił doskonałego coacha od debat, Bretta O’Donnella. Coach ten świetnie przygotował Romneya, któremu udało się pokonać Gingricha na jego najsilniejszym terytorium – podczas debat. Podczas właśnie zakończonej debaty na Florydzie Mitt wdawał się w bezpośrednie potyczki z Newtem, i był to dobry zabieg, bo te potyczki wygrywał. Obaj zresztą poświęcili sobie najwięcej czasu – atakowali się bezustannie. O ile Romneyowi czasem brakowało pasji, to nie zabrakło mu amunicji ani argumentów, nie tylko się bronił, ale przede wszystkim celnie atakował. Był doskonale przygotowany, nawet momenty, które wcześniej by go pogrążyły, przeszły niezauważone lub po prostu zignorowane. Największa wpadka? Niechcący przyznał się, że nie zna własnej reklamy, która kończy się „I’m Mitt Romeny and I approve this ad”. Ale udało mu się gładko z tego wybrnąć angażując się w wymianę zdań z Newtem Gingrichem. Inną wpadką było jego zapewnienie, że nigdy nie głosował na Demokratę, gdy kandydował Republikanin – co dość szybko zweryfikowano na jego niekorzyść.

 

Za to Newt poległ na całej linii. Po prostu zabrakło mu ognia, nie był w stanie porwać widowni, nie umiał przeciwstawić się atakom ani Mitta, ani Ricka Santorum.

Być może wycieczka osobista Newta z ostatniej debaty CNN przeciw Johnowi Kingowi (który to atak przeciw mediom przyniósł Newtowi wiele poparcia ze strony republikańskich wyborców) wyczuliła moderatora dzisiejszej debaty, Wolfa Blitzera, który umiał zapanować nad Newtem.

Podczas gdy Mitt i Newt nawzajem się podgryzali, okazało się, że na scenie jest jeszcze co najmniej jeden kandydat, który nie zamierza siedzieć w cieniu. I ruszył na nich z celnymi atakami. O Ricku Santorum mówiło się ostatnio, że startuje w wyborach na wiceprezydenta, tymczasem pokazał on właśnie, że jeszcze nie zrezygnował z wyścigu, nie oszczędzał ani Newta Gingricha, ani Mitta Romneya. Co było o tyle zabawne, że Mitt wygrywał potyczki z Newtem, a zupełnie nie wiedział, jak radzić sobie z Rickiem, najwyraźniej sztab Romneya przygotowując strategię na dzisiejszą debatę, zapomniał, że Mitta może atakować nie tylko Gingrich. Santorum wypadł moim zdaniem znakomicie, zastanawiam się, czy jego sztab ma jakiś dobry pomysł na luty (następna debata odbędzie się 22 lutego w Mesie, Arizona, po drodze kilka caucusów, ale wszyscy czekają na Superwtorek, w tym roku 6 marca), czy też przewidują (mają jakieś badania?) kolejną implozję Gingricha i zamierzają zająć jego miejsce jako jedynego konserwatywnego kandydata w wyścigu.

Natomiast Ron Paul był Ronem Paulem, zrelaksowanym, zabawnym, ale nie sprawiał wrażenia, że ubiega się o prezydenturę. Zaprezentował się jak starszy uroczy pan profesor, który patrzy z rozbawieniem na pozostałych uczestników debaty, traktując ich jak niesforne dzieci, które po prostu nie mają racji.

O czym debatowano? O imigrantach (w końcu to Floryda), o bazie na Księżycu, Izraelu (choć pytanie, które padło z widowni i dotyczyło Palestyny, to republikańcy pretendenci tradycyjnie wszem i wobec ogłaszając, że są przyjaciółmi Izraela), o potencjalnych kandydatach na członków nowego gabinetu (oczywiście wywodzących się z mniejszości latynoskiej), o Romneycare.

 

Jak wyglądają sondaże przed prawyborami na Florydzie, które już za kilka dni (31 stycznia)? Według Rasmussena wygrywa Mitt z 39 proc., za nim Newt z 31 proc. popraciem, Santorum ma 12 proc., a Ron 9. Warto podkreślić, jak to poparcie dla tych dwóch kandydatów ciągle dość mocno się zmienia, po prawyborach w Karolinie Południowej Gingrich był na pierwszym miejsci z 41 proc., drugi był Romney (32 proc.), a dwa tygodnie wcześniej sondaże dawały Romenyowi na Florydzie 41 proc., a Ginrgichowi 19 proc.

 

 

State of the Union? Populistycznie, mocno i kampanijnie

 

Choć to orędzie o stanie państwa, to w roku wyborczym służy jako start do kampanii reelekcyjnej.

 

I takie było, komentarze osób wypowiadających się na gorąco, tuż po końcu SOTU, są zgodne – orędzie było populistyczne (poruszył bardziej populistyczne nuty niż zazwyczaj). Głównym zadaniem było podkreślenie kontrastu pomiędzy prezydentem Obamą a Republikanami, co się udało. Wydaje się, że Biały Dom uważa, że kontrkandydatem z ramienia GOP będzie Mitt Romney, a może tylko to Romney (*) jest teraz łatwiejszym celem do ataku niż Gingrich. W czasie SOTU pojawiły się wielokrotnie podatki, Obama podkreślał, że to wspólna odpowiedzialność, że miliarderzy nie powinni płacić mniejszych podatków niż na przykład sekretarki (powołał się na Buffet Rule, co jest dobrym zabiegiem, ponieważ większość Amerykanów patrzy na tę zasadę przychylnie). 

 

SOTU 2012 trwało nieco ponad godzinę (ok. 64 minut). Dominujące słowa? America, American, Americans, jobs, energy, new, people, every, tax. I to doskonałe podsumowanie – choć zabrakło w nim edukacji, który to tematowi Obama poświęcił spory fragment orędzia.

 

Poza tym? Podkreślanie wspólnoty: this nation is great because we get each other’s back.

 

As long as we’re joined in common purpose, as long as we maintain our common resolve, our journey moves forward, our future is hopeful, and the state of our Union will always be strong.



Obama wyraźnie odciął się od wyjątkowo niepopularnego w ostatnim czasie Kongresu, wielokrotnie powtarzał: send me a bill/law, and I’ll sign it tomorrow. To bardzo mocny soundbite.

 

Uderzał w Republikanów (choć może nie aż tak bardzo, jak się spodziewano, a ataki były bardzo precyzyjne, mało brutalne, ale lądowały w ogródku GOP): Anyone who tells you that America is in decline or that our influence has waned doesn’t know what they’re talking about. Regulacje? Regulations make free market better. Ale za moich czasów mniej regulacji niż za czasów mojego poprzednika. Nie ma powrotu do poprzedniej polityki: As long as I’m President, I will work with anyone in this chamber to build on this momentum. But I intend to fight obstruction with action, and I will oppose any effort to return to the very same policies that brought on this economic crisis in the first place.

 

Obama zaczął od największego swojego osiągnięcia i poczucia bezpieczeństwa (no Americans in Iraq, we found and killed Osama Bin Laden, troops began to come home) i na nim skończył – na podkreślaniu, że akcja przeciw Osamie się udała, bo wszyscy spełnili swoją powinność: This nation is great because we worked as a team. This nation is great because we get each other’s backs.

 

*) choć prezydent nie wymienił Romneya po nazwisku ani razu, to jednak aluzje do Mitta były bardzo czytelne.