Prawybory w Iowa: Rick Santorum – ultrakatolik sensacyjnym zwycięzcą

Jeszcze liczą głosy, ale Rick Santorum i Mitt Romney zdobyli po 25-26 proc. głosów i wygrali pierwsze prawybory Partii Republikańskiej we wtorek w stanie Iowa. Trzeci był antywojenny libertarianin Ron Paul (ok. 22 proc.). 4. Newt Gingrich (14 proc.), 5. Rick Perry (11 proc.), Michele Bachmann (6 proc.).


Dlaczego wygrał Santorum

 

Nawet jeśli Santorum będzie miał na koniec kilkadziesiąt spośród 120 000 głosów straty do Romneya, to on jest oczywistym zwycięzcą. Jego zaskakujący awans w sondażach nastąpił dopiero w ostatnich dniach tuż przed wyborami. Jeszcze 2-3 tygodnie temu Santorum był praktycznie na końcu stawki kandydatów. Jeszcze tydzień temu nikt nie dawał Santorum miejsca w pierwszej trójce…

Santorum wygrał w Iowa dlatego, że na koniec konserwatywni wyborcy w Iowa to jego wskazali jako swojego kandydata. Wcześniej ta grupa wyborców szukała alternatywny dla Mitta Romneya, zmieniając swoje preferencje praktycznie co 2-3 tygodnie, przeskakując od Bachmann do Perry’ego, potem do Caina i Gingricha. Kolej na Santorum przyszła w najbardziej odpowiednim momencie – dosłownie 2-3 dni przed głosowaniem.

Santorum to katolik, ultrakonserwatysta. Ojciec siedmiorga dzieci, najbardziej znany z fundamentalistycznych poglądów na temat aborcji oraz z bardzo ostrych, jastrzębich poglądów w polityce zagranicznej. W latach 2000-06, jako młody senator ze stanu Pennsylwania, był uznawany za wschodzącą gwiazdę Republikanów. Aż wyborcy w tym stanie odwrócili się od niego, po serii wpadek, niektórzy wręcz przestraszeni jego ultrakonserwatywnym stanowiskiem w wielu sprawach.

Santorum to właściwie jedyny kandydat, który, nie zważając na mających dużo więcej pieniędzy i struktur organizacyjnych rywali, prowadził w Iowa tradycyjną – od domu do domu, od wioski do wioski, od kawiarenki na rynku do sali parafialnej – kampanię wyborczą. Swoim srebrzystym pick-upem odwiedził wszystkie 99 hrabstw w stanie Iowa (jako jedyny z kandydatów).

 

Co dalej z Santorum

 

Tej kampanii do tej pory brakowało jasnego faworyta wśród konserwatywnych, religijnych wyborców. Także zwolennicy Tea Party (to nie ta sama grupa) byli podzieleni między kilku kandydatów.

Teraz religijna prawica może ze spokojnym sumieniem zjednoczyć się popierając Santorum. Większy problem mają ludzie z Tea Party, dla których „czystość” w sprawach potęgi rządu centralnego w Waszyngtonie, podatków i rządowych subsydiów jest ważniejsza od sprawy aborcji. Media zaraz zaczną obrabiać dorobek Santorum ze wszystkich stron, do wyborców szybko dotrze, że przez wiele lat był on klasycznym politykiem republikańskiego establishmentu, tak nielubianego przez Tea Party. Że gabinetowymi gierkami załatwiał dla Pennsylwanii miliardy dolarów subsydiów rządowych. 

Dla Santorum kluczem jest teraz zbudowanie poparcia w konserwatywnym stanie South Carolina, gdzie prawybory odbędą się za 2 tygodnie. Tam do zwycięstwa wśród konserwatystów od dawna szykuje się Newt Gingrich. Gdyby Santorum, na fali entuzjazmu religijnej prawicy, wygrał też w SC, stałby się o wiele poważniejszym rywalem dla Mitta Romneya, niż ktokolwiek mógł przypuszczać jeszcze 2-3 tygodnie temu.

 

Co dalej z Romneyem

 

To Mitt Romney, były gubernator z Massachussets, jest wciąż głównym faworytem do zdobycia nominacji Partii Republikańskiej na prezydenta. To on na 99 proc. wygra za tydzień słynne prawybory w New Hampshire (przez lata był popularnym gubernatorem w sąsiednim stanie, ludzie go tam znają, traktują jak swojego).

To Mitt Romney jest najlepiej przygotowany do długiej walki wyborczej, zbiera najwięcej pieniędzy (i sam jest multimilionerem), ma w każdym stanie struktury budowane od 4 lat. To jego wyborcy (także w exit polls w Iowa) wskazują jako kandydata, który ma największe szanse na pokonanie Baracka Obamy 6 listopada.

Czym ważniejsza będzie w tej kampanii tematyka gospodarcza, tym większe będą szanse byłego biznesmena i managera Mitta Romneya.

 

Co dalej z innymi

 

Rick Perry i Michele Bachmann wycofają się z kampanii w najbliższych dniach. Perry już to zapowiedział, z obozu Bachmann płyną takie głosy.

Newt Gingrich jest faworytem w SC, ale sam doskonale sobie zdaje sprawę, że nie ma już szans na nominację. Wygląda na to, że postawi sobie za cel zniszczenia Mitta Romneya, po tym jak Romney wydał kilka milinów dolarów na negatywną kampanię przeciw Gingrichowi w Iowa.

Ron Paul był bliski wywołąnia wielkiego zamieszania w Partii Republikańskiej i wygrania w Iowa. Nie tym razem. Będzie prowadził kampanię do samego końca, choćby tylko po to, by prezentować swoje poglądy do jak najszerszej publiczności. Za 4-8 lat pałeczkę przejmie jego syn, dziś senator z Kentucky, który jak się wydaje będzie miał o wiele większą szansę na prezydenturę niż jego kontrowersyjny ojciec.

Dobre rzeczy, które czekają na nas w 2012

Dużo dobrych widowisk, kilka świetnie się zapowiadających filmów i dwie partyjne konwencje.


W styczniu tradycyjnie prezydent USA wygłasza bardzo ważną mowę – orędzie o stanie państwa. W 2012, bardzo ważnym, bo wyborczym, roku Barack Obama wygłosi State of the Union 24 stycznia – czyli już po republikańskich prawyborachw Iowa, New Hampshire i w Południowej Karolinie, a przed Florydą.

 

Już na początku stycznia swoją premierę w Wielkiej Brytanii będzie miał film, na który czekam z niecierpliwością – Iron Lady, który do Polski trafi 10 lutego (po tytułem „Żelazna Dama”).




 

Tydzień wcześniej w Polsce pojawią się „Idy Marcowe”, film o kulisach kampanii prezydenckich, trochę politycznej kiełbasy na podstawie sztuki „Farragut North” Beau Willimona.




 

 

Ale pewnie najważniejsze widowiska polityczne czekają nas na przełomie lata i jesieni.

 

Mowa oczywiście o dwóch konwencjach prezydenckich. Pierwsza, zgodnie ze zwyczajem obowiązującym od 1936 roku, będzie konwencja RNC – rozpocznie się 27 sierpnia 2012 w mieście Tampa na Florydzie. Z wyboru tego miasta cieszy się lokalna branża, hm, rozrywkowa.

 

Konwencja DNC odbędzie się w Charlotte i rozpocznie się 3 września 2012 roku.

 

Czemu czekam na konwencje? Przecież mają one charakter wyłącznie ceremonialny, wszystko wiadomo już wcześniej. Tak, ale ich rola jest inna, obecnie nie służą wyłanianiu kandydatów, to wielkie partyjne widowisko, pokazujące rozkład sił, wpływy i kierunek, w jakim podąża partia. Dowody? To na konwencji Johna Kerry’ego w 2004 roku ważną przemowę wygłosił mało znany senator z Illinois, kandydat do amerykańskiego Senatu, który nie dość, że stał się gwiazdą partii, to cztery lata później wygrał w wyborach prezydenckich. Zakładam, że wielu słuchających było przekonanych, że słuchają przyszłego prezydenta, ale pewnie nie sądzili, że zdobędzie prezydenturę tak szybko.

 

Na konwencji RNC cztery lata temu bardzo gorące przyjęcie, jakie zgotowano Sarze Palin, pięknie pokazało, w którą stronę podąża Partia Republikańska.

 

Najlepszego w Nowym Roku!

Świąteczna kartka Białego Domu nie podoba się Sarze Palin, FOX News i Republikanom

Barack Obama nie jest w stanie zrobić niczego, co spodobałoby się Partii Republikańskiej, to fakt. Nawet głupiej kartki świątecznej nie umie porządnie przygotować.


W tym roku świąteczna kartka Białego Domu wygląda tak:


Mark Matuszak/White House

 

Do kartki dołączone są życzenia, „From our family to yours, may your holidays shine with the light of the season”, podpisane przez wszystkich członków rodziny, także  przez psa.

Ładna ta kartka, prawda? Tradycyjna, świąteczna, nieco retro, z pierwszym psem Bo wygrzewajacym się przed kominikem. Rodzinna, ciepła, urocza.

 

 

No, niestety nie.

Kartka jest bowiem dziwna, jak stwierdziła Sarah Palin, i nie podkreśla tradycyjnych amerykańskich wartości, takich jak ‚family, faith and freedom’, i co tam robi ten pies?


Houston, mamy problem. Sarah, dziennikarze FOX News ani inni republikanie, których ta kartka obraża, chyba nie widzieli tegorocznej kartki świątecznej telewizj FOX. Otóż, na tej kartce też zdecydowanie brakuje wartości, takich jak rodzina, wiara i wolność. Są za to zwierzęta, lisy grilujące indyka – logo konkurencyjnej stacji NBC. A na pewno nie widzieli kartek, które rozsyłano za czasów administracji Reagana. A właściwie to nie widzieli żadnej oficjalnej kartki świątecznej Białego Domu. Czemu? Bo te kartki tradycyjnie nigdy nie przedstawiają żadnej rodziny, nie tylko prezydenckiej – nie ma na nich sportretowanej żadnej osoby.

Ale nie bójcie się, drodzy republikanie obrażeni świąteczną kartką Obamy, jedna z dziennikarek/blogerek Washington Post naprawiła ją specjalnie dla Was!

 

***

A jeśli wciąź brakuje Wam świątecznego nastroju, to z okazji drugiego dnia Chanuki, Rick Perry zapalający chanukową świecę (film z zeszłego roku w tym osiągnął status kultowego):

 



 

Wesołych Świąt!

 

Stan wojenny z perspektywy SNL-a, notka powtórna


Don Novello: I’m
not sure of the year, but I would say early eighties. Bill Murray was
hosting, I was a guest as a performer, and I really was like a writer
for him. And at the end of the show, everyone’s going up on stage to say
good night, and there’s a commercial break – two minutes, four minutes,
whatever – and during the break, Ebersol suddenly comes running up and
says, “It’s on the news, Russia’s invading Poland, and you should
announce it.” Bill said, “What should I do?” And I told him, wisely as
it turns out, “That’s news thing. This is a comedy show. Why would you
want to do it?” Ebersol says, “Come on, we’ve got thirty seconds, you’re
going to do it.” Well, I was not going to stand there when he announced
it, so I went and stood way in the back, even though I was one of the
main guests. So Bill announced it to America that Russia had invaded
Poland and “the poor people of Poland, our hearts go out to them.” It
was really almost tear-eyed. And it didn’t happen. The “invasion” didn’t
happen, at least not that night. But I guess Ebersol wanted this to be
the comedy show that broke it to America that Russia invaded Poland.


Live From New York: An Uncensored History of Saturday Night Live, as Told By Its Stars, Writers and Guests

***
Historia dopadnie cię wszędzie, nawet w monografii
Saturday Night Live.

Lista linków, 12.12.11


Kilka rzeczy do przeczytania:


Newt the Comback Kid Gingrich zyskuje, Mitt Romney traci


No to… Pozamiatane?
Pojawiają się opinie, że Newt Gingrich może sobie zapewnić zwycięstwo w wyścigu o prezydenturę już na początku następnego roku.
Nawet jeśli wyniki pierwsze caucusów i prawyborów republikańskich nie mają szansy przełożyć się na wymaganą liczbę delegatów, a więc i na faktyczne zwycięstwo jednego kandydata, tym bardziej, że w skutek kłótni o terminy prawyborów (skąd my to znamy? Cztery lata temu Demokraci mieli podobną sytuację) RNC zagroziło stanom, które się zbuntowały i przyspieszyły terminy, stratą połowy delegatów, to zwycięzca tej pierwszej rundy zyska niesamowite momentum, a więc ma szansę na większe datki od starych i nowych zwolenników, a także, czego nie można przeceniać, może przekonać innych, by zaczęli wspierać zwycięzcę.

Terminy pierwszych prawyborów:

3 stycznia, Iowa (caucus, 28 delegatów)
10 stycznia, New Hempshire (prawybory, 12 delegatów)
21 stycznia, Południowa Karolina (prawybory, 25 delegatów)
31 stycznia, Floryda (prawybory, 50 delegatów)


We wszystkich tych stanach Newt Gingrich prowadzi olbrzymią różnicą z Mittem Romney’em – z wyjątkiem New Hampshire (czemu właściwie trudno się dziwić). Wyraźne zwycięstwo w styczniu ustawi cały bieg – i Newt będzie miał gigantyczną szansę na zdobycie nominacji. Jeśli na dodatek FOX News, a raczej Roger Ailes, mniej lub bardziej oficjalnie go wesprze, to wydaje się, że reszta kandydatów może już powoli myśleć o pakowaniu własnych zabawek – osobiście stawiam, że kandydatem na wiceprezydenta będzie ktoś spoza tej stawki. Dlaczego Roger Ailes może poprzeć Newta (który – warto przypomnieć – był na liście płac FOX News)? Chociażby dlatego, że jest to kandydat, który jest w stanie wywołać entuzjazm u republikańskich wyborców, a w przeciwieństwie do innych cieszących się popularnością u konserwatystów, jest w stanie reprezentować sobą coś więcej niż kilka chwytliwych populistycznych haseł. A jeszcze kilka miesięcy temu kampania Gingricha zmierzała do widowiskowej impozji.

Biały Dom wydaje się być zadowolony z takiego obrotu spraw – teoretycznie Newt nie ma szans u niezależnych, którzy mając do wyboru obecnego prezydenta i byłego spikera amerykańskiego Kongresu Izby Reprezentantów, raczej wybiorą tego pierwszego.
Słabe strony Spikera amerykańskiego Kongresu są potencjalnie śmiertelne – romansujący hipokryta, dwukrotny rozwodnik (pierwszą żonę zostawił, gdy leczyła się na raka), chętnie kupujący drogą biżuterię na kredyt, były lobbysta dla najbardziej znienawidzonych obecnie w USA firm… Ale może okazać się, że wyborcy słyszeli to już tyle razy, że zdążyli się do tego przyzwyczaić.

Warto przypomnieć także, że sztab Cartera był bardzo zadowolony i pewny zwycięstwa, gdy Republikanie wybrali Reagana na swojego kandydata.

Herman Cain zawiesza kampanię


Zamiast z pompą otwierać nową główną siedzibę swojej kampanii w Atlancie Herman Cain wygłosił oświadczenienie, które nikogo nie zaskoczyło (a jeśli nawet, to raczej dlaczego użył słowa
"suspend" a nie "quit" i o co chodzi z Planem B?), o zawieszeniu swojej kampanii prezydenckiej.

Republikański wyścig zaczyna wyglądać jak ilustracja dziecięcej wyliczanki o butelkach stojących na murku i po kolei z niego spadających. Jeszcze nie odbyły się żadne primaries, a kolejni kandydaci się wycofują. Jeśli nadal będą rezygnować w tym tempie może się okazać, że po lutym żadne prawybory nie będą potrzebne. Who’s gonna be next?

I choć bezpośrednim podanym przez Caina powodem dla zawieszenia jest negatywny wpływ, jaki na jego rodzinę wywarły oskarżenia o napastowanie seksualne czy informacja o trwającym 13 lat romansie pozamałżeńskim, to tak naprawdę powodem powinnien być brak kwalifikacji, brak wiedzy czy brak porządnego sztabu lub nieumiejętność radzenia sobie z sytuacją kryzysową. W końcu w wyścigu wciąż pozostają Michele Bachmann, Rick Santorum i Rick Perry. Ale pewnie poważniejszym powodem jest fakt, że Cain podejmując decyzję o starcie nie myślał o tym na serio – chciał po prostu wypromować siebie i swoją książkę. Niespodziewany sukces w sondażach zawrócił mu w głowie, a przy okazji obnażył jego zupełne nieprzygotowanie. I nie chodzi mi tu o wpadki z Libią, Chinami czy zupełny brak wiedzy o polityce zagranicznej (przy okazji hasło Caina We need a leader not a reader oprócz ładnego bonmotowego wydźwięku niepokojąco przypomina słynną kwestię z Simpsonów) i niedopracowany plan ekonomiczny, ale o sytuację, w której wiedząc, co ma na sumieniu i jakie wpadki z przeszłości mogą wyjść na jaw, zupełnie się do tego nie przygotował.

Swoją drogą, co z tymi politykami… Czy nie wyciągnęli żadnej nauki z doświadczeń Billa Clintona? Bo wygląda na to, że wszyscy są pewni, że mogą zdradzać i klamać, i wszystko ujdzie im to na sucho, tymczasem powinni wbić sobie do głowy, że a) you’re not Bill Clinton, b) bez porządnego wsparcia spindoktorów i silnej żony u boku daleko nie zajdą.

Co dalej z Cainem? Chyba raczej Plan B niż odwieszanie zawieszonej kampanii – wiadomo, że przed ogłoszeniem decyzji wykonał kilka telefonów do innych kandydatów i jest więcej niż pewne, że któraś z tych osób zostanie publicznie przez niego poparta.

Czy Obama da radę?


Dwa dni temu na Twitterze z Michałem Kolanko ze Spinroom.pl
postawiliśmy na zwycięstwo Obamy w przyszłorocznych wyborach (dla
przypomnienia, odbędą się we wtorek 6 listopada 2012) – minimalne,
wymęczone, ale jednak zwycięstwo obecnego prezydenta.

Owszem, w ciągu roku wszystko może się zmienić, ale na razie, dopóki Republikanie nie wybiorą swojego kandydata, stawiam na drugą kadencję Baracka Obamy.

Czemu? Prawie wszystko, co chciałam powiedzieć, napisał już Michał w serwisie, dla którego pracuje. Od siebie dodam tylko, że:

a) GOP bezskutecznie szuka republikańskiego Obamy, kogoś, kto wzbudzi emocje i entuzjazm wśród wyborców z prawej strony sceny politycznej. Jak do tej pory takimi osobami miały być Bachmann, Perry i Cain. I w tej kolejności też gasną (choć jedna osoba z tej trójki ma szansę okazać się comeback kid),

b) GOP tak bardzo nie chce wybrać Mitta Romneya (z wielu, wielu powodów, brak charyzmy jest tylko jednym z nich), że nawet powstał twór zwany Koalicją "Not Mitt Romney", którego jedynym celem jest uniemożliwienie zdobycia nominacji republikańskiej przez Romneya,

c) Barack Obama dopiero się rozgrzewa. Owszem, może jako prezydent radzi sobie tak sobie, ale w kampanii jest znacznie, znacznie lepszy. (tu kłania się jedna z cudownych kwestii z serialu The West Wing – Let Bartlet be Bartlet, parafrazując, gdy Obama przypomni sobie, jak to jest walczyć w trakcie kampanii, i ktoś w sztabie powie: Let Obama be Obama, Republikanie naprawdę będą musieli wyciągnąć ciężkie działa),

d) klip zatytułowany "What if…?", który sztab Obamy wypuścił na rok przed wyborami, pokazuje, jak będą ustawiać całą kampanię, i wygląda na to, że jej przesłaniem będzie: jeszcze nie skończyliśmy, pomożcie nam dokonać zmiany, nie pozwólcie im zniszczyć i wymazać tego, co budujemy.



e) Obama może sobie spokojnie siedzieć i czekać, aż Republikanie wybiorą kandydata, który nikomu z republikańskich wyborców nie będzie się podobał, i dopiero wtedy ruszyć do ataku.

ALE: o drugą kadencję będzie musiał naprawdę ciężko powalczyć.

Przypadek Hermana Caina, czyli po co są prawybory


Politico.com odpaliło prawdziwą bombę (polskie serwisy polityczne, patrzcie i uczcie się, oraz – takie teksty przygotowuje się w kilka-kilkanaście dni-kilka tygodni, a nie pisze się na jutro) – w niedzielę wieczorem opublikowali tekst o jednym z republikańskich kandydatów, Hermanie Cainie. Tekst o tym, że
w latach 90. został on oskarżony przez dwie kobiety o napastowanie seksualne.

Termin publikacji wybrano znakomicie – nie tylko był to idealny moment na rozpoczęcie nowego news cycle, to na dodatek Herman Cain od kilku tygodni jest jedynym Republikaninem, który wygrywa w sondażach z Obamą (choć Mitt Romey przegrywa z prezydentem tylko o trzy procent).

I tak naprawdę nie do końca idzie o to, czy zarzuty są prawdziwe, ale o to, jak zareagował Cain. A popełnił on wszelkie możliwe błędy. Okazało się, że republikański front-runner nie ma profesjonalnego sztabu i nie umie radzić sobie z sytuacją kryzysową, choć był uprzedzany o tym, że nadciąga w jego stronę shitstorm i to uprzedzany przez Politico, które kilkakrotnie zwróciło się do niego z prośbą o komentarz. A po publikacji tekstu w sieci rzecznik Caina nie dość, że nie był w stanie jasno i wyraźnie przekazać stanowiska sztabu i kandydata, to dodatkowo grillowany przez dziennikarza FOX News potwierdził, że coś jest na rzeczy.

Ta wpadka doskonale pokazuje, czemu służą prawybory partyjne. Owszem, jak się spojrzy z daleka, to cała ta szopka z wyborami wydaje się być niepotrzebna – strata czasu (kampania zajmuje aż do dwóch lat), strata pieniędzy, strata energii i strata porządnych kandydatów. A jednak! Bo rzecz nie idzie w tym, by wybrać kandydata najlepszego na papierze, kandydata bez skazy i bez wad. Chodzi o to, by znaleźć takiego kandydata, który sprawdzi się w sytuacji kryzysowej. Nie takiego, który ma na koncie najmniej wpadek, ale takiego, który umie wychodzić z dołków lub który jest w stanie się obronić w każdej sytuacji. Zabrzmię trochę jak zdarta płyta, ale dwaj byli prezydenci USA, Clinton i Reagan, którzy stanowią punkt odniesienia dla obu partii, znani byli ze swoich właściwości wychodzenia z największych kryzysów (Reagan wręcz doczekał się określenia teflon president, a Clinton uszedł cało z tak nieprawdopodobnych wpadek, że aż trudno w to uwierzyć!). My także na własnym podwórku mamy polityka, który choć ma na koncie wiele zawstydzających sytuacji, wciąż uważany jest za najlepszego polskiego prezydenta i cieszy się sympatią opinii publicznej.

Prawybory to test drive, który może pokazać, jak kandydat będzie sobie radził na stanowisku. I wszyscy, którzy zgłaszają swoją kandydaturę, powinni sobie z tego zdawać sprawę. A ci, którzy rezygnują z udziału, zwykle nie boją się, że na światło dzienne mogą wyjść skrywane sekrety (bo na pewno wyjdą), ale po prostu wiedzą, że nie mają siły, by sprostać nawałnicy. Albo po prostu potrzebują więcej czasu, by się przygotować do wyścigu. Na marginesie, moim zdaniem Barbour schował już do szafy ambicje prezydenckie, ale Christie po skończeniu kadencji na stanowisku gubernatora rozpocznie po cichu kampanię 2016, o ile oczywiście w 2012 w Białym Domu nie pojawi się republikański prezydent).

Czy Cain wyjdzie cało z tej nawałnicy? Możliwe, ale jeśli nie wymieni sztabu i nie zatrudni porządnych specjalistów, nie ma szans na zwycięstwo w wyścigu o nominację na kandydata GOP.


Czy jest szansa na ciekawą kampanię?


Wątpię szczerze, ale to ja. Po rezygnacjach Christiego i Palin może być już tylko nudno i nudniej. Cokolwiek by mówić o Palin, to nie da się jej odmówić zdolności kreowania newsów – specjalnie lub przypadkiem. A Christie to obecnie zawodnik wagi ciężkiej, i dosłownie, i w przenośni.


Po tym, jak dwa dni temu Chris Christie definitywnie ogłosił, że nie zamierza ubiegać się o stanowisko kandydata, zrobiło się mało ciekawie – gubernator New Jersey przez wielu uważany był za zbawcę, za idealnego kandydata, który na tle innych, tych już ubiegających się o nominację GOP, wypada wręcz wzorcowo. Na start w kampanii Christie namawiany był tak usilnie, że swoją decyzję musiał oficjalnie ogłosić dwa razy – za pierwszym powiedział, że nie czuje się na siłach i woli dokończyć kadencję jako gubernator, za drugim, podczas specjalnej konferencji prasowej pokazywanej live w telewizjach informacyjnych, dołożył do tego "Now is not my time. I’m doing a job that I love in
the state I grew up in"
– ma jeszcze dwa lata na stanowisku. Dla mnie to brzmi trochę jak "pogadamy za cztery lata".

Oczywiście, nawet gdyby wystartował w tym roku, nie miałby gwaranacji, że zostanie wybrany przez swoją partię, bo pomimo tego, że uważany jest przez wielu za potencjalnie najlepszego kandydata, to inni zwracają uwagę, że jednak jest nosorożcem 🙂 – RINO, Republican In Name Only.

A zaraz po decyzji Christiego swoją rezygnację w programie radiowym ogłosiła Sarah Palin.

Spójrzcie na listę kandydatów (Mitt Romey, Rick Perry, Michele Bachmann, Jon Hunstman, Rick Santorum, Newt Gingrich, Ron Paul), jedna osoba z tej listy zostanie republikańskim kandydatem na prezydenta podczas wyborów 2012, z dużą dozą prawdopodobieństwa kolejna zostanie kandydatem na wice. Czy któraś z tych postaci wzbudza szczery entuzjazm i jest w stanie porwać za sobą Amerykę? Jestem przekonana, że zwolennicy Partii Republikańskiej przeżywają to samo, co my w Polsce, patrząc na listy kandydatów na posłów – beznadzieję i bezradność, bo ja nie mam na kogo głosować. Patrząc ze strony atrakcyjności samej kampanii, to ja już straciłam nadzieję na jakiekolwiek emocje. Rick Perry zdaje się wypalać, stracił na impecie, a Mitt Romney już od kilku tygodni stosuje strategię zatytułowaną roboczo przeze mnie "i tak będziecie musieli mnie wybrać". Być może któryś z kandydatów zrobi ten sam numer, co Ronald Reagan (lub mniej tak widowiskowo Bill Clinton z drugiej strony) i z pośmiewiska własnej partii stanie się poważnym kandydatem zdolnym porwać tłumy.

Ale jakoś teraz nie chce mi się wierzyć, że Obama podzieli los Cartera.