To było łatwe do przewidzenia, na Gatecrashergate najlepiej wyszli sami Gatecrashers. Michaele i Tareq Salahi skończyli właśnie filmowanie nowego programu typu reality-show “Real Housewives of D.C.”, a wedłg The Daily Beastw przygotowaniu jest także książka opowiadająca o tym, jak udało im się bez zaproszenia wbić na imprezę w Białym Domu. Desiree Rogers, która niedawno odeszła/została poproszona o rezygancję ze stanowiska White House social secretary, oficjalnie wciąż jest bez pracy – w jakiejś mierze to ona jest największą przegraną tej afery. Trzeba jednak dodać, że wpadka ze state dinner nie była jedynym powodem, dla którego Rogers rozstała się z administracją, więcej na ten temat można przeczytać, oczywiście!, na Politico.com.
Rogers została zastąpiona przez Juliannę Smoot, osobę, która specjalizuje się w zbieraniu funduszy na rzecz kandydatów Partii Demokratycznej, osobę, której nie przeszkadza pozostawanie w cieniu urzędu – jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów wobec Desiree była właśnie jej widoczność, to, że za bardzo lubiła być na pierwszym planie.
Zmiana na stanowisku social secretary to nie tylko nowe nazwisko, to także zmiana stylu. Where Rogers was high-profile and glamorous, Smoot is low-key and a more conventional political operative.
Po tym, jak Joe Wilson został zbesztany w mediach, a także krytykowany z obu partyjnych stron oraz wyśmiany w SNL-owym skeczu za to, że podczas przemówienia Baracka Obamy w Izbie Reprezentantów wydobył z siebie okrzyk "You lie", wydawałoby się, że kongresmeni nauczyli się, że pewnych zachowań nie należy powtarzać.
A jednak. Gdy na mównicy stał Bart Stupak, Demokrata, ten od poprawki Stupaka, który jest przeciwnikiem aborcji i chciał zakazu (współ)finansowania zabiegów przerywania ciąży z pieniędzy publicznych, ale dał się przekonać Obamie i opowiedział się przeciwko własnej poprawce, okazało się, że duch w Republikanach nie zginął:
Ktoś krzyknął "Baby Killer", ale chyba odwagi starczyło mu na krótko, a może nauczka, jaką odebrał Joe Wilson, okazała się wystarczająco mocną przestrogą, bo nikt się nie przyznaje. Media oczywiście spekulują, dziennikarz z MSNBC, Luke Russert, powiedział, że na jego ucho mężczyzna, który krzyczał, miał południowy akcent, Max Blumenthal tweetnął, że to był republikanin z Kalifornii, George Radanovich. Ale inny kalifornijski republikanin, John Campbell, twierdzi, że to nikt od nich, że to musiał być ktoś z Teksasu.
Srsly, żal mi faceta, nawet jego własna partia go nie wspiera (a może właściwie wspiera, a nawet ukrywa, bo nadal oficjalnie nie wiadomo, kto krzyczał). Anyhow, 219-212, Health Care Reform passed (za nie głosował żaden Republikanin).
Tak na szybko, trochę odbiegając od tematyki bloga (ale tylko trochę) – zanosi się na to, że kandydat PO zostanie wyłoniony w drodze prawyborów partyjnych (i to w dodatku internetowych, spotkanie pod hasłem "Zapytaj premiera" zapewne miało jakiś wpływ).
Czy to ma sens? Przenosząc dyskusję z Twittera – Michał Kolanko zażartował, że posługując się analogią z USA, w PO wyboru dokonają tylko superdelgaci (*), osobiście jednak nie wiem, czy idea prawyborów sprawdzi się w Polsce, choć jak najbardziej jestem za wyborami wewnątrzpartyjnymi. Jednak obaj kandydaci zostali już namaszczeni przez prezesa partii (Tusk dodał, że do wyboru będzie dwóch kandydatów – Sikorski i Komorowski. – To jest realny wybór dzisiaj.) i nie wiem, czy na tym właśnie polegają prawybory, nawet jeśli "tylko" internetowe. W takiej sytuacji może lepiej oszczędzić czas, pieniądze i energię i kandydata wybrać opierając się na sondażach przeprowadzonych na całej populacji (aka obywatelach polskich posiadających czynne prawo wyborcze), bo to oni – ich głos będzie liczył się w wyborach prezydenckich. Prawybory to nie tylko konkurs popularności, to też zaprawa przed główną bitwą – w kampanii przedprawyborczej, niczym w praniu, wychodzi na wierzch kto jest silny, potrafi zebrać fundusze, ma lepszy wizerunek i lepiej odbierany jest przez społeczeństwo. Kto przetrwa trudy "prawdziwej" kampanii, kto ma mniej szkieletów w szafie lub też lepiej wychodzi z kłopotów. Prawybory internetowe to tylko chwyt marketingowy, bez większego wpływu ani na wybór odpowiedniego kandydata, ani na przebieg kampanii. Amerykańskie prawybory to prawdziwa walka, pokazująca dynamikę wpływów i sympatii, która naprawdę wyłania najlepszego kandydata.
(*) tak, wiem, że głosować będzie mógł każdy członek PO, więc formalnie nie będą to superdelegaci.
Czyli Sarah Palin’s Google Search Story, klip będący parodią popularnych google’owych reklam sumujący karierę i wpadki byłej gubernator Alaski poprzez hasła wpisywane w okno wyszukiwarki internetowej. Zabawne, ale niezbyt złośliwe.
Lekcja marketingu politycznego w trzech prostych krokach, czyli wyślij walentynkę i wesprzyj Partię Republikańską (kartki są oczywiście darmowe, wsparcie finansowe to opcja dodatkowa).
Nie wszystkie hasła są zabawne, ale pomysł bardzo dobry. Dobry sposób na buzz, i całkiem fajny sposób wykorzystania nadarzającej się okazji.
Michał Kolanko ze Spin Roomu jako pierwszy zauważył, że o plakacie profesora Nałęcza, na którym widnieje zdjęcie Baracka Obamy, napisał Ben Smith z Politico: "jestem bardzo ciekaw czy ktoś w USA zareaguje na stwierdzenie Nałęcza, że dostał zgodę na wykorzystanie zdjęcia Obamy."
Mnie ciekawi co innego – kto ze sztabu profesora Nałęcza wpadł na ten genialny pomysł? Moim zdaniem plakat nie
sugeruje poparcia ze strony Obamy, raczej stanowi odwołanie się do jego sukcesu, ale jest to odwołanie w dość słabym stylu i bardzo łatwo o opinie, że ‚Nałęcz świeci światłem odbitym’. Jednak całość wygląda niezbyt profesjonalnie. I aż prosi się o hasła typu "jaki kraj, taki Obama".
Drodzy Demokraci.pl, jeśli Wasz plakat wywołuje w komentarzach na Politico polish jokes, odwołania do komunizmu oraz radykalnej lewicy, to bez wątpienia you’re doing it wrong. I może najpierw ustalcie, czy będą prawybory na polskiej lewicy, a dopiero potem ewentualnie ruszajcie z akcją plakatową.
A jeśli naprawdę chcecie prowadzić nowoczesną kampanię wzorowaną na amerykańskiej kampanii w 2008 roku, to może jednak pora na konto na Twitterze lub Blipie? I jakąś widoczną aktywność na Facebooku?
Zaczęło się, kampania 2010 ruszyła, powoli, ospale, ale nabiera rozpędu. Pojawiły się już pierwsze rezygnacje pokazujące, że Dems będą mieli ciężką przeprawę w 2010 midterm elections. O swoich rezygnacjach w ubieganiu się o reelekcję poinformowało to tej pory, lub wkrótce to zrobi, czterech znaczących polityków Partii Demokratycznej, senatorzy Chris Dodd i Byron Dorgan oraz gubernatorzy John Cherry i Bill Ritter. A to oznacza radość w obozie republikańskim i huuuge momentum dla kontrkandydatów wymienionych polityków. Wiadomo też, że są i inni senatorzy/gubernatorzy Dems, którzy nie zamierzają brać udziału w nadchodzących wyborach (z wielu powodów – brak funduszy, brak poparcia).
Pojawiły się za to smaczne plotki – np. o tym, że Arnold Schwarzenegger może trafić do admninistracji Baracka Obamy. Skoro Dana Perino (rzeczniczka prasowa Białego Domu za czasów George’a W. Busha) pracuje na rządowym stanowisku (a key post on a board overseeing government-sponsored international broadcasting), naśladując nieco losy westwingowej Republikanki, Ainsley Hayes), to czemu nie gubernator Kalifornii?
Rzutem na taśmę – pierwszy post w 2010 jeszcze o 2009. Jeśli chodzi o Hillary Clinton i Sarę Palin to mam wrażenie, że są też osobami roku 2009 – patrząc z perspektywy wyborów w 2008 roku, wydawało się, że obie są "przegranymi 2008", że Hillary osiągnęła wszystko, co mogła (i nie mogła) w polityce, że Sarah zniknie z politycznej mapy tak szybko, jak się na niej pojawiła. A jednak! Clinton pewnie nie zostanie prezydentem USA, ale wciąż może wpływać na kształt amerykańskiej polityki. Palin może być polaryzującą postacią, ale na prawej stronie cieszy się sporą sympatią i ma szanse sporo zamieszać w ciągu następnych kilkunastu miesięcy.
Na razie obie cieszą się sympatią Amerykanów – według sondażu USA Today/Gallup obie są najbardziej podziwianymi kobietami w Stanach. Na pierwszym miejscu znalazła się Hillary Clinton z 16 proc. wskazań, tuż za nią Palin z 15 proc. – obie wyraźnie zdominowały czołówkę, następna osoba, Oprah Winfrey, została wskazana przez 8 proc. ankietowanych.
Andrew Malcolm z L.A. Times pisze, że to 17 rok z rzędu, gdy Clinton zostaje uznanamost- or second-most-admired woman i jest to "unprecedented since Gallup began asking the question in 1948 (when
presidential daughter Margaret Truman and then-Princess, now Queen Elizabeth II were in the top 10.)".
Najbardziej podziwianym mężczyzną okazał się prezydent Obama (z 30 proc. wskazań), na drugim miejscu – jego poprzednik, George W. Bush (z 4 proc. wskazań), który nieznacznie wyprzedził Nelsona Mandelę (3 proc.).
Popularniejsza od prezydenta jest także jego żona, Michelle Obama, ale
to chyba już tradycja, w końcu Laura Bush była bardziej lubiana niż jej
mąż, to samo w Polsce, Maria Kaczyńska wypada lepiej od prezydenta
Kaczyńskiego. Zdaje się, że jedyną Pierwszą Damą, która mogła nie
osiągać zbyt dobrych wyników w konkursach popularności była, hm,
Hillary Clinton w latach dziewięćdziesiątych.
Badanie przeprowadzone zostało przez niezwiązaną
z żadną partią polityczną Clarus Research Group w dniach 7-12 grudnia,
a zbadano opinie 800 zarejstrowanych wyborców, którzy określają się
jako “news
watchers”. Wyniki tego sondażu pokrywają się z wcześniejszymi, np. tymi
przeprowadzonymi przez Gallupa w październiku, gdy okazało się, że
Clinton stała się popularniejsza od Obamy.
Wyniki są bardziej niż świetne dla Hillary, bo ma ona 75 proc. approval rating i 21 proc. disapproval rating (Obama odpowiednio 51 proc. i 45 proc.). Rozbite na poszczególne orientacje polityczne robią jeszcze większe wrażenie, bowiem Clinton cieszy się popularnością i wśród wyborców republikańskich, i wyborców niezależnych. Clinton had 96 percent approval among Democrats, a healthy 57 percent
approval among Republicans, and 65 percent approval among Independents. Co to oznacza? Że w ciągu półtora roku nastawienie wobec Hillary zmieniło się diametralnie. Eamon Javers, omawiający wyniki tego sondażu na Politico.com, pisze, że była ona intensely disliked
she has been in the past among GOP voters, oraz że tym, co zadecydowało o wyborze Obamy na kandydata Demokratów, było jego postrzeganie jako polityka ponad partyjnymi podziałami.