George Pataki mówi nie, inni jeszcze nie ogłosili decyzji


A jeszcze niecały tydzień temu jego przyjaciele i doradcy
sugerowali, że były gubernator stanie do wyścigu. Deklaracje Patakiego, że bardzo poważnie rozważa podjęcie decyzji o kandydowaniu przyjęte zostały z niedowierzaniem – trudno bowiem uwierzyć, że w dzisiejszej Partii Republikańskiej kandydat, który jest pro-choice, pro-union & pro-gay rights, ma jakiekolwiek szanse.

Przez kilka dni Pataki najwyraźniej szukał wsparcia i sponsorów, i wygląda na to, że ich nie znalazł, bo w piątek ogłosił, że nie będzie startował. Żadnych wymówek, że rodzina się nie zgadza, że ma inne zobowiązania, po prostu:

"I remain committed to the advancement of real,
politically viable reforms to entitlements and rolling back the
size and cost of the federal government,? Pataki said in a
statement. ?At this time, I will continue to do this as the
leader of No American Debt and not as a candidate for
president."

Za to ożywił się Rudy Giuliani – podobno od kilku tygodni szuka sztabowców, ale zaprzeczają temu jego doradcy, którzy jednak nie wykluczają, że były burmistrz Nowego Jorku zdecyduje się na kandydowanie – wyznaczając jednak deadline na podjęcie takiej decyzji na koniec września. Trochę trudno mi uwierzyć, że Giuliani ogłosi kandydaturę – jego kampania przed wyborami w 2008 roku zostawiła po sobie niesmak, a sam kandydat zdawał się być niezainteresowany wygraniem wyborów.

Rudy ma czas do końca września, trochę mniej czasu ma Sarah Palin – mówi się, że Fox News naciska na nią, by przestała kokietować i ogłosiła decyzję. Jeśli będzie ubiegała się o nominację, czeka ją śmiertelny pojedynek z Perrym i Bachmann. Dziś stawiam na Teksańczyka, nie wiem, jak Palin mogłaby pokonać kogoś, kto jest na politycznym ringu od tak dawna, i na każdym polu wyraźnie nad nią góruje.

No i jest jeszcze Chris Christie. Choć wielokrotnie zaprzeczał, że zamierza kandydować, bo nie jest gotowy (rzadko spotykana cecha i polityków, prawdomówność, kontakt z rzeczywistością i jej trzeźwa ocena), ciągle powtarzane są plotki, że bada teren, że wciąż jest szansa na jego kandydaturę.

Oglądając Christiego podczas konferencji prasowych i wystąpień telewizyjnych (w programach śniadaniowych, etc.) w ciągu ostatnich kilku dni (w końcu Irene postanowiła poszaleć na jego podwórku), nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wielu Republikanów dzwoni do niego i prosi, by jeszcze raz przemyślał swoją decyzję.

Ale z drugiej strony, czy w dzisiejszej Partii Republikańskiej jest miejsce na kandydata, który jest rozsądny i centrowy? Powtórzę się, ale w sytuacji, gdy o wynikach wyborów decydują niezależni wyborcy, kandydat Tea Party nie ma szans w wyborach powszechnych, nawet jeśli jako wice wybierze kogoś, hm, strawniejszego.

And he’s out

Tim Pawlenty się wycofał z wyścigu o nominację GOP. Czy coś to zmieniło? Niewiele. Niespodzianki nie było. A kurtuazyjne wypowiedzi innych kandydatów to tylko część politycznego teatrzyku – wyborcy Pawlenty są tak nieliczni, że w zasadzie się nie liczą.


Ale to trochę zabawne jest, że Pawlenty się wycofał dzień po tzw. straw poll w Iowa, narzekając, że wypadł słabo, choć to był najlepszy wynik, jaki do tej pory uzyskał.


Ames votes: Bachmann 4823, Paul 4671, Pawlenty 2293, Santorum 1657, Cain 1456, Perry 718, Romney 567, Gingrich 385, Huntsman 69, McCotter 35.


Co wynika z tych cyferek? Tak, wygrała Michele Bachmann, sromotnie przegrał Mitt Romney. Ale moim zdaniem drugim wygranym jest Rick Perry, którego nawet nie było na liście – został dopisany przez swoich zwolenników. 



Trzeba pamiętać jednak, że wynik w Iowa jest dobry do budowania momentum, nie ma znaczenia w przewidywaniu, kto uzyska nominację – John McCain cztery lata temu wypadł w Iowa słabo. Wygrał wtedy Mitt Romney, na tym tle jego tegoroczny wynik (szóste miejsce z 3.4 procentami głosów) jest katastrofalny.


One out, one in – T-Paw zrezygnował, do wyścigu stanął Rick Perry. Teraz o nominację GOP ubiegają się już trzy osoby związane z Tea Party, a jeszcze wszyscy czekają, aż Sarah Palin się zdecyduje. I to będzie ciekawe starcie. Na razie Michele Bachmann zaczęła tonować swoje wypowiedzi, powiedziała nawet, że geje są porządnymi ludzmi, a Demokraci bywają rozsądni. 



 

A może będzie to Pawlenty?


Tim Pawlenty, mimo dynamicznych i znakomitych warsztatowo filmów, uważany jest za nudną osobę i polityka bez charyzmy – i to wśród wyborców republikańskich, którzy go jakoś kojarzą, z czym nie jest może tragicznie, ale też nie ma się czym chwalić. W marcu 2011 słyszało o nim 41 proc. wyborców zamierzających głosować na Republikanów, a teraz według Gallupa 56 proc. Co prawda to wynik nieco lepszy od Ricka Perry’ego (54 proc.), który jeszcze oficjalnie nie ogłosił zamiaru startowania w kampanii, ale prasa spekuluje, że zrobi to wkrótce, oraz od Ricka Santorum (51 proc.) i znacznie lepszy od Hermana Caina (45 proc.) i Jona Huntsmana (39 proc)., to jednak trudno mówić, że dobry wynik, biorąc pod uwagę, że Pawlenty jako pierwszy rozpoczął kampanię.

Oczywiście, rozpoznawanie ma sie nijak do woli głosowania – na przykład Newta Gingricha kojarzy 85 proc. wyborców republikańskich, a zamierza na niego głosować 3 proc.

Zasadniczo na tym etapie kampanii, choć wciąż trudno spekulować, skoro kilku potencjalnych kandydatów, którzy mogą wywołać spore zamieszanie, jeszcze oficjalnie nie stanęło do wyścigu, to już można zakładać, że ci konkurenci, którzy od dawna nie są w stanie uzyskać wyniku lepszego niż kilka procent (aka w granicach błędu statystycznego), mają nikłe szanse na uzyskanie nominacji. Wśród tych kandydatów są i Cain, Ginrgich, Hunstman, oraz Santorum i Tim Pawlenty. O ile Hunstman jeszcze walczy (sztab sugeruje, że wkrótce jego kandydaturę poprze jakiś znany lub wpływowy Republikanin, mówi się, że będzie to syn Jeba Busha), o tyle Tim Pawlenty wydaje się nie mieć pomysłu, jak powstrzymać niezbyt przyjazne newsy.
Co zrobią z ostatnim newsem, który przedstawia kandydaturę Pawlentego w niezbyt korzystnym świetle? Hm, chyba niewiele da się odkręcić z informacji, że Pawlenty wypadł w sondażu gorzej niż Thad McCotter.

Kim jest Thad McCotter, zapytacie? (stay with me, wiem, że trudno o to pytać…)

Otóż to kandydat tak niszowy i tak mało znany, że nie dość, że do mainstreamu nie przebiła się informacja, że oficjalnie ogłosił swoją kandydaturę w wyścigu o nominację prezydencką, to jeszcze w swoim stanie nie jest w stanie (see, what I did here?) zyskać zbyt wielkiego wsparcia. Popiera go bowiem jedynie 5 proc. wyborców. Ale i tak więcej niż Pawlentego, który "gets the dubious distinction of being the first serious candidate to poll behind Thad McCotter anywhere."

Tu więcej: plus bardzo fajna prognoza, co się stanie, gdy do gry wkroczy Sarah Palin.










Jeszcze nie walka na noże, ale…

3… 2… 1… And he’s out?

Czy Newt Gingrich będzie kolejnym po Donaldzie Trumpie (nie liczę Huckabee’go, bo ten nie prowadził w ogóle kampanii ani Christiego, ani Barboura z tych samych powodów) politykiem, który zrezygnuje z kandydowania?

Bo wygląda na to, że były Spiker Izby Reprezentantów nie może sobie poradzić z kolejnymi kryzysami (choć można spojrzeć na to i w ten sposób, że radzi sobie zaskakująco dobrze, bo żaden go jeszcze nie zatopił).

W czerwcu Gingrich razem z żoną pojechał na wakacje. Niby nic, prawda? Ale po powrocie pożegnali się z nim ludzie, którzy prowadzili jego kampanię. Odeszli hurtowo – cały senior staff i wszyscy z biura w Iowa.

Kilka tygodni później media ponownie zaczęły wałkować długi Newta u jubilera, bardzo drogiego jubilera, credit line wynosił od 500 tys. do 1 mln dolarów (i tym razem to był rachunek otworzony na nazwisko polityka, a nie jego żony). Jak bardzo odbiło się to na wizerunku Gingricha? Ano tak:

Na marginesie – wujek gugiel podpowiada, czego szukają ludzie, i jakoś nie wydaje mi się, by o to chodziło sztabowi Gingricha:

A teraz dochodzi jeszcze jeden problem – Newt chwalił się 1,3 ml followersów na Twitterze, ale jak się okazało, nie powinien. Czemu? Bo 92 procent jego followersów to nie są prawdziwi ludzie. To jeszcze nie dowód na to, że to ludzie Gingricha lub opłacani/wynajęci przez sztab stworzyli fałszywe profile, by sztucznie napompować liczbę zwolenników/osób zainteresowanych tym, co Newt ma do powiedzenia. Ale to zdecydowanie źle wygląda.

Czy Newtowi uda się po raz kolejny wyjść cało? Możliwe, skoro Michele Bachmann chroniczna migrena nie zatopiła, to i fake’owi followersi, nawet w takiej liczbie, Newtowi nie zaszkodzą.

Jeśli nadal myślicie, że to ciekawa kampania, to chciałam zauważyć, że SKANDALEM jest fakt, że jedna z kandydatek cierpi na dość powszechną chorobę, a innego followują sztuczne konta na Twitterze, spamboty i konta firmowe.

Naprawdę nie dzieje się nic


W 2007 roku o tej porze, to walka była już na noże.

2011? Niemrawe deklaracje, brak emocjonujących zdarzeń, brak woli walki.

Dowód? Tabelka znaleziona na blogu zajmującym się politycznymi reklamami.

Wynika z niej, że w ciągu pięciu pierwszych miesięcy kampanii (do czerwca 2007 roku) kandydaci wydali ponad 5 mln dolarów na reklamy (wykupiony czas reklamowy), a sam Mitt Romney wydał na ten cel prawie 4 mln.

W 2011? Not so much. Ktoś zażartował, że wszyscy kandydaci republikańscy startują na stanowisko wiceprezydenta.

Oraz, serio, jeśli najważniejszymi informacjami z placu boju są doniesienia, ile Newt Gingrich wydawał na biżuterię lub to, że dwie kandydatki walą gafę za gafą, wykazują się brakiem znajomości ojczystej historii, a ich zwolennicy niezbyt inteligentnie próbują zmienić historię, edytując odpowiednie wpisy na Wikipedii (Sarah Palin kreatywnie zrelacjonowała historię Paula Revere’a, a Michele Bachmann nazwała Johna Quincy Adama ojcem założycielem), to to są żarty, a nie kampania.

Swoją drogą, mogę tylko wyobrazić sobie, co dzieje się w głowach polityków GOP-u, którzy na sto procent chodzą na klęczkach do Karla Rove’a, błagając go, by im pomógł znaleźć kogoś. Skoro udało mu się dwa razy z George’em W. Bushem, to i z każdym obecnym kandydatem dowolnej płci też mu się uda.

Lucas Baiano, tajna superbroń Pawlentego


No… Może nie taka tajna.
Tim Pawlenty ogłosił oficjalnie, że startuje w prawyborach:

To kolejny znakomity klip tego polityka. Tim Pawlenty na żywo wypada źle – jest nudny, brakuje mu wyrazistości i charyzmy. Wyborcze klipy pokazują go jako przebojowego i stanowczego męża stanu – z wizją, stałymi poglądami i bardzo prezydenckiego. Czyja to zasługa? Lucasa Baiano. Serio, zapamiętajcie to nazwisko. Ten niespełna 23-letni facet zna się na tym, co robi, i ma zamiar, po tym jak już skończy z polityką, kręcić filmy fabularne. Zresztą, nawet teraz jego reklamówki polityczne przypominają trailery letnich blockbusterów. Jon Ward z Huffington Post napisał nawet: In short, it could be a political ad, but it could also be a trailer for something like “Independence Day.”

 Jeśli jest jeszcze coś, na czym ten młody filmowiec się zna, to jest to autopromocja. On naprawdę jest bardzo dobry w autopromocji.

Jak dobry? Ano tak dobry:

Tak, przed wyborami w 2008 roku wspierał Hillary Clinton. Owszem, to reaganowski demokrata, który teraz jest republikaninem, i który za Ronaldem Reaganem może powtórzyć: "I didn’t leave the Democratic Party, the party left me", ale najważniejsze, że udało mu się być częścią zwycięskiej kampanii i wypromował wizerunkowo polityka, który został prezydentem USA. Oh, wait…

Ale serio, Lucas Baiano zna się na sztuce politycznych trailerów. Jego klipy ogląda się znakomicie. A jeśli dodać to tego, że ma zaledwie 22 lata (za dwa miesiące 23), to ja nie mam więcej pytań.

They’ve got the bastard

Bladym switem w PL, poznym wieczorem w USA konczy sie pewna epoka. I zmienia się uklad sil w USA, przed Republikanami staje ciężkie wyzwanie. Barack Obama potwierdził śmierć Osamy Bin Ladena.

Z Twittera:
The New York Post: WE GOT THE BASTARD!

Al Jazeera English:  Osama’s killing "happened some time ago but took time to confirm."

CBS producer: House Intelligence committee aide confirms that Osama Bin Laden is dead. U.S. has the body.

A Ben Smith przypomnina słowa Obamy z debaty przedwyborczej z 2008 roku: Obama in an October ’08 debate: "We will kill Bin Laden."

Tim Pawlenty i Mitt Romney już pogratulowali prezydentowi. Przed Białym Domem tłum szczęśliwych ludzi, śpiewających hymn i wiwatujących na cześć Obamy. Zdecydowanie zmienił się układ sił w Ameryce na półtora roku przed wyborami – na korzyść demokratycznego prezydenta. Jak to się mówi: zyskał momentum.

edit: 12:45
I co teraz? Tuż przed pierwszą republikańską debatą (5 maja, sponsorowana przez Fox News) republikańscy kandydaci znaleźli się pod ścianą. Poparcie dla Obamy wzrośnie – owszem, zmiejszenie bezrobocia czy deficytu byłoby bardziej wskazane i pewnie bardziej korzystne, ale złapanie i zabicie Bin Ladena ma wymiar symboliczny i psychologiczny, które przeniosą się na poparcie dla prezydenta. Tłumy wiwatujące pod Białym Domem (z hasłami typu: Yes, we did), śpiewające hymn, to ładny obrazek, którego na razie republikanie nie przebiją. Takie tłumy popierające Obamę po raz ostatni widziano po inauguracji prezydentury, nawet jeśli w zasadzie te tłumy wiwatują teraz bardziej na cześć prezydenta, który wydał rozkaz, i za którego prezydentury złapano i zabito Osamę, niż na cześć Obamy per se. 

Część potencjalnych kandydatów GOP-u gładko zapomniało pogratulować prezydentowi (z wyjątkiem Pawlentego i Romney’a), ciekawi mnie, jak będą spinować złapanie i zabicie Osamy podczas nadchodzącej debaty. Bo to teraz Obama kształtuje dyskurs publiczny i temat debaty. To on w ciągu jednej nocy stał zmienił się z nieradzącego sobie z dominującymi problemami prezydenta w silnego przywódzcę z sukcesem na koncie. I dominuje na republikańskim terytorium.

Na twitterze pojawiły się żarty typu "Just in: RNC confirms Iowa GOP caucus postponed til 2016". Nowym kandydatom (chodzi mi o tych, którzy oficjalnie nie ogłosili, że będą się ubiegać o nominację GOP) będzie trudno teraz wejść w news cycle. No i mam wrażenie, że wyśmiewany na wszelkie sposoby podczas White House CorrespondentsDinner Donald Trump nie będzie w stanie się podnieść.

Biały Dom właśnie dokonał gwałtownego i niespodziewanego zwrotu akcji i utrudnił i życie, i kampanię potencjalnym konkurentom.

Pierwsze niespodzianki przedkampanijne


Pewnie jeszcze trochę tych niespodzianek będzie, bo w końcu do wyborów prezydenckich jeszcze półtora roku.


To nie będzie tak fascynująca kampania jak w 2008 roku, choć gdyby pojawił się poważny konkurent wśród demokratów, chcący i mogący naprawdę zagrozić Obamie, który to kandydat stanąłby do walki o nominację partyjną, to może przebiłoby to kampanię sprzed 3 lat. Ale historia Teddy’ego Roosevelta i Williama Howarda Tafta (1912, pierwszy wystartowal w prawyborach przecikwo temu drugiemu, gdy ten drugi pelnil funkcję prezydenta, skończyło się to tak, że Teddy Roosevelt założył nową partię, a Taft przegrał wybory, bo w listopadzie 1912 roku Amerykanie wybrali Woodrowa Wilsona) sugeruje, że nie jest to najlepszy pomysł. Nie wierzę w sugerowane czasem scenariusze, że w szranki stanie Hillary Clinton. Tak niektórzy "spinują" słowa sekretarz stanu, która powiedziała jakiś czas temu, że jeśli Barack Obama zostanie wybrany na drugą kadencję, to ona zrezygnuje ze stanowiska i zajmie się prawem (prawami kobiet i dzieci na całym świecie) oraz to, że jest ona nie tylko najpopularniejszym urzędnikiem w administracji Obamy, ale na dodatek oceniana jest od niego lepiej.

W każdym razie – do tej pory największą niespodziankę zafundował nam Donald Trump – nawet nie tym, że mówi, że zamierza kandydować (bo nie takie rzeczy już mówił), i nie tym, że flirtuje z Tea Party i domaga się, by Obama pokazał akt urodzenia, ale tym, że prowadzi wśród potencjalnych kadydatów – i to sondaż za sondażem. Wciąż uważam, że kandydatura, nawet hipotetyczna, Trumpa psuje Republikanom szyki i miesza w dyskursie politycznym. Czemu? Bo zamiast atakować demokratyczną administrację tam, gdzie boli najbardziej (ekonomia, ceny ropy, Afryka Północna, reforma zdrowia), dyskurs na prawej stronie dotyczy tego, gdzie urodził się prezydent, i czy aby Trump mówi na serio, czy żartuje. Trump mocno dmucha w kaszę innym kandydatom, i tym zadeklarowanym, i tym nie, nie ma żadnej wyrazistej linii politycznej, więc większość wywiadów wygląda podobnie jak ta radosna paplanina z Meghan McCain, i może zaszkodzić GOP bardziej niż się teraz wydaje.

Zaskoczeniem jest kandydatura Gary’ego Johnsona, kandydata tak mało znanego, że nie tylko uchodzą mu poglądy raczej mało spójne z linią GOP-u, to jeszcze przedstawia się go jako "następnego Rona Paula" (swoją drogą, byłoby ciekawie, gdyby w walce o nominację Ron Paul starł się z Johnsonem).

Ale tak naprawdę największą dotychczasową niespodzianką jest deklaracja Haley’a Barboura, który przez wielu uważany był za czarnego konia wyborów, że nie wystartuje w wyścigu o nominację w 2012"I will not be a candidate for president next year. (…) This decision means I will continue my job as Governor Mississippi, my
role in the Republican Governors Association and my efforts to elect a
new Republican president in 2012, as the stakes for the nation require
that effort to be successful."



Maszyna ruszyła, zgłaszają się kolejni kandydaci

11 kwietnia swoją gotowość do startu ogłosił Mitt Romney. Jego klip zatytułowany jest szumnie "Believe in America", ale za to jest skromniejszy niż Tima Pawlentego:

Romney stawia na swoje najsilnejsze strony, i niewątpliwą zaletę, na doświadczenie w biznesie, i wiedzę. Silny punkt i przesłanie, wokół którego oprze komunikację to: "I created jobs, I know how jobs are created." W skrócie: economy, America!

Problemem Romneya jest reforma zdrowia, która łączy go z Obamą, więc nic dziwnego, że za wszelką cenę musi się on odróżnić od prezydenta. Nie pozwolą mu na to kontrkandydaci – gubernator Missisipi Haley Barbour jeszcze nie ogłosił startu, a już skorzystał z okazji, by wytknąć Romney’owi, że jego reforma posłużyła demokratycznemu prezydentowi za wzór.

Wydaje się, że Romney nie będzie flirtował z Tea Party – na razie publicznie powiedział, że nie jest birtherem, i że są ważniejsze tematy, o których trzeba rozmawiać. Ekonomia. Za wszystko co złe oskarża Obamę (oczywiście, to będzie stały element kampanii u wszystkich kandydatów republikańskich).

Birtherem za to okazał się być Donald Trump, który ogłosił, że do czerwca zdecyduje, czy w ogóle startować, a jeśli nie otrzyma nominacji GOPu, to wystartuje jako kandydat niezależny. A wkrótce w całym Białym Domu i w nowo powstałym sztabie wyborczym Obamy słychać było wybuchy radości, strzelające korki od szampana i ogólną radosną wrzawę. Na razie Trump porozstawiał prawie wszystkich pozostałych potencjalnych lub zgłoszonych już kandydatów po kątach. W zależności od sondażu albo przewodzi całej stawce, (uzyskując wśród republikańskich wyborców takie samo popracie, co Mike Huckabee), albo jest w ścisłej czołówce tuż za Romney’em i na pierwszym miejscu u wyborców określających się jako sympatycy Tea Party.

Trudno mi uwierzyć, że to nie jest jakaś akcja promocyjna Trumpa, który moim zdaniem nie ma ani szans, ani możliwości, ani woli zostania prezydentem. No i nie ma żadnego doświadczenia. Prowadzenie firmy deweloperskiej i własne reality show się nie liczą. Nie sądzę, by udało mu się to, co udało się Reaganowi (w końcu, gdy tak uwielbiany dziś przez wszystkich republikanów, Reagan ogłosił swój start w wyborach, potraktowano to za żart, jego samego za pośmiewisko i nie wróżono mu sukcesu – i była to opinia polityków republikańskich), raczej czeka go los Giulianiego czy Freda Thompsona. Przy okazji – analizowanie sondaży na tym etapie kampanii ma sens tylko jako obserwacja trendów niż przewidywanie, kto zdobędzie nominację. Przypomnę, że w 2007 roku w sondażach królowali: Hillary Clinton i Rudy Giuliani.
 
Czy Donald Trump ma szansę zostać drugim Rossem Perotem? Wątpię, dla Perota start w wyborach nie był zachcianką czy kaprysem, tylko wynikem dość długiego zaangażowania w różne projekty społeczno-polityczne. 

Tymczasem u demokratów…


Barack Obama ruszył z kampanią:



Zgodnie z sondażami z końca marca na razie nie musi się martwić – już sam tytuł mówi wszystko: Obama Tests Well at Start of Reelection Run.

47
percent of respondents hoped to see Obama elected to a second term
versus 37 percent in favor of a generic Republican candidate. The Pew
poll did note the lack of a consensus GOP candidate helped Obama’s
numbers. But nonetheless, Obama’s numbers are similar to how George W.
Bush polled about this far from his successful re-election campaign.

Tymczasem Robert Gibbs, były rzecznik Białego Domu i jedna z najważniejszych osób stojących za kampanią w 2008 roku, pracujący z Obamą od 2004 roku, dostał ofertę pracy od Facebooka. Miał dołączyć do sztabu wyborczego i dopiero po wyborach zacząć pracę poza administracją, ale podobno Facebook naciska, by się zdecydował już teraz. To tak na marginesie – bo budowanie sztabu wyborczego zaczęło się już dawno.